czwartek, 27 lutego 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

ślad po sobie
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 6465 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
niedziela, 06 kwietnia 2008 22:32
     Jest chłodny październikowy poranek 2006 roku. Na lubelskim targu, Rusałce, zjawia się o świcie cudzoziemiec. Mówi, że nazywa się Franko Holzer, jest Włochem i przyjechał z Padwy,  bo interesują go kury, na które jedni mówią polskie a inni padewskie, i on chciałby dowiedzieć się, jak to naprawdę jest z tą nazwą. Trzyma w ręku zdjęcia czubatego drobiu, pokazuje je handlującym i pyta, kto hoduje takie kury, chętnie by je zobaczył.

    Robi wrażenie nader dziwnego jegomościa…

    W Lublinie kur polskich nie widzi ale tutaj na Rusałce dowiaduje się po raz pierwszy, że nieopodal znajduje się Zamość, miasto idealne, miasto córka Padwy, które zaprojektował włoski architekt Bernardo Morando, może, poradzono mu, tam je spotka… W Zamościu jest już w maju następnego roku.

    Owa „Padwa Północy”, jak kiedyś ochrzczono to miasto, jest dla niego sporym odkryciem. Kiedy  powstawała, Polska była największym krajem w Europie, a Jan Zamoyski, fundator miasta został nawet rektorem sławnego uniwersytetu padewskiego; jego rządy do dzisiaj są we Włoszech ciepło wspominane, zachowało się nawet  po nim wiele pamiątek. W Padwie studiowało sporo Polaków - w swoich czasach pierwsze nazwiska Rzeczpospolitej.

   Franko doznaje czegoś w rodzaju iluminacji. Ma świadomość, że ma do czynienia z parabolą, ciągłością dziejów, gdzie historia miesza się ze współczesnością. Uświadamia sobie, że obydwa miasta, czyli Padwa i Zamość może połączyć zwykła a jednak niezwykła czubata kurka - stać się  symbolem wzajemnych związków, pomostem, który może połączyć obydwa narody i ich bogate historie, ale i zwykłych obywateli, w tym hodowców.

   Po powrocie do Włoch stawia na równe nogi całą padewską administrację, miejscowego prezydenta miasta, dyrektora szkoły rolniczej a nawet prezydenta prowincji. Jego aktywność doprowadza go do zaciśnięcia kontaktów z mieszkającymi w Padwie Polakami czego efektem będzie późniejsza wizyta w jego domu samego Konsula Generalnego RP z Mediolanu. Zatrudnia dwóch miejscowych historyków, którym poleca przejrzenie wszelkich dostępnych archiwów w poszukiwaniu związków włosko-polsko-padewsko-kurzych. Występuje w kilku programach telewizyjnych, zamawia potem 90 profesjonalnych kopii z nagraniami audycji telewizyjnej, by rozdać je znajomym…

    Robi to całym sobą, z wielkim zaangażowaniem, tak jak tylko potrafi to czynić Włoch  z krwi i kości. Nie będzie przesadą powiedzieć, że cała Padwa przez jakiś czas żyła Franko Holzerem, jego kurami i jego odkryciem Zamościa i Polski.

   A wszystko przez  polsko-padewskie kury…

   Załatwia to, o czym wiele polskich miast może tylko pomarzyć – dostaje od władz Padwy plenipotencje do nawiązania partnerskich stosunków z Zamościem, wiezie ze sobą podpisany przez prezydenta Padwy list, w którym jest mowa o bogatej historii obu miast, wybitnych postaciach je łączących, ale także o… kurze padewsko-polskiej. Wynajmuje tłumacza, prosi o przygotowanie spotkania z władzami, jest przekonany, że zostanie przywitany w Polsce z otwartymi ramionami. Ale tu następuję bardzo wstydliwy wątek całej tej opowieści…

   Do spotkania, owszem, dochodzi. Franko wręcza prezydentowi Zamościa, jako prywatny prezent woreczek ziemi z Padwy. Zawiniątko ma kolor biało-czerwony, taki, jakie kolory firmowe ma herb Padwy no i rzecz jasna Polska. Podczas przemówienia, wzrusza się i płacze, czego nie można powiedzieć o śmiejącym się gospodarzu, który chyba nie bardzo wie, o co tak naprawdę Franko Holzerowi chodzi.

    Nie zostaje kompletnie zrozumiany. Zamość traktuje go jak wariata, a w najlepszym razie dziwaka. Kura polsko-padewska? Co w Polsce kogoś obchodzi jakaś kura? Można ją co najwyżej zjeść. Ale żeby nad nią płakać? Nawet jeżeli się jest Włochem?

   

                                                            * * *

     A więc Padwa.

     Decyzja była natychmiastowa. To jedyna i niepowtarzalna okazja, aby nie tylko odwiedzić to sławne uniwersyteckie miasto, które już raz odwiedziłem za czasów studenckich. Wtedy jednak nie sądziłem, że trafię tu po raz drugi i to w  takim „kurzym” kontekście.

     Ileż to razy wygłaszałem teorię, że nazwa „padewska” jest dla naszej czubatki polskiej przypadkowa i krzywdząca. Teraz miałem pojechać właśnie t a m  i bezpośrednio skonfrontować, co myślą o polskości czubatki sami Włosi?  Podróż do Padwy trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. I to polski hodowca został zaproszony.

   W tym momencie warto wprowadzić do naszego opowiadania drugą bardzo ważną postać. Jest nią Mirosław Lenart,  wykładowca na Uniwersytetach w Opolu i w Padwie. O jego konferencjach na temat historii i kultury polskiej dowiedział się Franco i uznał za konieczne aby zainteresować polskiego „professore” …kurą. Bezceremonialnie postawił mu zadanie, aby poszukał w Polsce jakiegoś hodowcę kur czubatych. Krótko mówiąc miał znaleźć drugiego wariata.

    -  Franko po prostu się nie odmawia, tyle jest w nim życia i witalności. Nie ma tygodnia, a w pewnych okresach nawet dnia, aby nie zadzwonił do niego. Te kontakty są czasami bardzo denerwujące i uciążliwe ale zawsze pełne uroku – jak urokliwy jest sam Franko. 

    To nic, Pan Mirosław ma ponad 38 stopni gorączki, chociaż wziął rano antybiotyk, ma mokrą od potu koszulę i czasami trudno mu zebrać myśli z powodu maligny…to nic, bo…

    Franko się bowiem nie odmawia…

 

Image
Franko Holzer
Image
Mirosław Lenart
Image
Padwa nocą
 

   

 

 

 

     Zostaję zakwaterowany naprzeciwko bazyliki św. Antoniego, gdzie znajduje się wiele przepięknych poloników, w tym tablica z wyrytym epigramem Jana Kochanowskiego, który uchodzi za pierwsze opublikowane dzieło poety w wydanym w Bazylei A.D.1560 zbiorze inskrypcji. Na tyłach bazyliki trochę zaniedbany, ale jednak we włoskim stylu ogród.  Chłonę to miejsce szczególne, stąpam po bruku mającym może sześćset, może siedemset lat, dotykam rękoma urokliwy, pokryty wiecznie zielonymi pnączami budynek…na podwórzu rzeźba Matki Boskiej - mam wrażenie jakbym przeniósł się w średniowiecze. A na podwórzu, jak żeby nie, znajome widoki.

    Fotografuję stadko bardzo płochliwych kurek. Uderzające jest, że dla czubatek naturalnym środowiskiem jest średniowieczna bazylika. Kurki wcale nie są rasowe ale jakie to ma znaczenie? Tym bardziej na podwórzu, które należy do samego prof. Carlo Lodovico Fracanzani, padewskiego zoologa, który poświęcił wiele uwagi w swoich pracach badawczych rasom, które określa się tu jako „gallina padovana” czy „gallina di Polverara”.

Image
Dziedziniec na tyłach Bazyliki św. Antoniego
Image
Stara średniowieczna kamienica
Image
Ogród pełen kurek
 

 

 

   

    Wieczorem jedziemy w okolice Padwy. Siedzimy w urokliwej, położonej w górzystej części padewskiej prowincji restauracyjce, do której jazda samochodem zajęła nam ponad godzinę (tam pan poczuje prawdziwą włoską atmosferę). Franko zamierza poczynić w starej stolicy Polski pewne inwestycje. Może otworzy włoską restaurację? Może będą w niej serwowane potrawy z polsko-padewskiej kury? Tak jak to się dzieje w Padwie.

    - Dlaczego Kraków?

    - Bo z tym miastem została podpisana umowa partnerska. Zamość minął jak zły sen.  

    Czekamy na podanie kolacji.

    - Czego się pan napije?

    - Lubię czerwone wino… - i już widzę, że palnąłem nie wyobrażalną dla Włochów gafę.

Franko zawiesza głos i przez chwilę przygląda mi się z uwagą.  Czerwone wino jako aperitif, nie do pomyślenia. Co znaczy dla Włochów picie wina i jedzenie można dopiero przekonać się tu, na miejscu. Potraw się nie je, tylko smakuje. To często wielogodzinny ceremoniał, który celebruje się w gronie przyjaciół lub rodziny.

     Następnego dnia miałem okazję poznać prezydenta związku restauratorów padewskich Giorgio Borin. Marzy mu się, aby gallina padovana stała się symbolem kuchni padewskiej, podobnie jak Bolonia kojarzona jest z tortellini a Treviso z sałatą, która zresztą przyjęła swoją nazwę od tego miejsca.

    - Cucina per la mente – mówi – kuchnia dla umysłu, a więc rodzaj kuchni ściśle związanej z kulturą, nie banalnej, ale popartej studiami także o charakterze naukowo-historycznym. Wszystkie produkty, które są naturalne mają inny smak; co warta jest kura, brojler, dorastający w ciągu miesiąca do kilograma? I nie chodzi tu tylko o sam smak ale o zestaw zmysłów. Najważniejsza jest kultura myślenia. Jedzenie dla samego zaspokajania głodu jest bez sensu.

Image
Jedna z urokliwych restauracyjek

 

 

 

 

  

   

   Ale coś za coś. Potrawy z gallina padovana są o wiele droższe niż z fermowego kurczaka. Wystarczy porównać ceny produktów wyjściowych – trzy euro za kilogram i dziewięć euro. Zawsze trafią się restauratorzy oszuści, dlatego dla podkreślenia „prawdziwości” potrawy na talerzu kładziony jest swego rodzaju opłatek z kolorowym wizerunkiem czubatej kurki, co ma oznaczać – my nie kłamiemy.

    Z folderu reklamującego miejscowe tradycyjne potrawy wynotowuję kilka nazw.

„Insalata pavana con la gallina padovana” (……), Antipasto con gallina padovana (….), Pappardelle al ragù di gallina padovana (….), Gallina padovana alla canevera…

    Jego marzeniem było, aby podarować polskiemu papieżowi rezydującemu w Rzymie prezent, symbol. A co mogło być symbolem dla Franko jak nie kura padewska? Zamówił u największego rzeźbiarza z regionu Veneto, uważanego za specjalistę od przedstawień zwierzęcych - Stefano Baskierato parkę kurek w brązie. Mistrz zrobił cztery kopie – jedną dla papieża, drugą dla artysty, trzecią do Muzeum Sztuki Sakralnej w Bolonii, a czwartą mógł się cieszyć Franko. Tym bardziej, że na ogonie widnieje także jego nazwisko! Wszystko dlatego, że pokłócił się z artystą, który jego zdaniem nie potrafił oddać odpowiednio urody kurzych czubków… I tak Baskierato zaproponował aby spróbował sam. Tego powtarzać Frankowi nie trzeba było dwa razy. A choć artysta dokończył później dzieło, zdecydował aby obok jego widniało także nazwisko Franka.

Image
A to ja z Franko
 
Image
Gabriele Baldan z padewskiej szkoły rolniczej
Image
Rzeźby profesora Baskierato

   

 

 

 

 

 

 

    Razem z profesorami reprezentującymi miejscową szkołę rolniczą (dyr. szkoły prof. Adriano Panizon, prof. Gabriele Baldan) na czele ze wspomnianym prof. Carlo Lodowico Fracanzani, rzeźbiarzem Baskierato oraz przedstawicielem hodowców kurek padewskich Bruno Rosetto, wybrał się Franko na osobistą audiencję. Papież przyjął ich w Auli Pawła VI. Zawieźli mu nie tylko rzeźbę ale i kilka żywych białych kur. Kiedy Jan Paweł II witał kolejnych gości, jeden z kogutów zapiał. Trafiły one potem do wolier w Castel Gandolfo. Kiedyś pokazano w telewizji migawkę z jego prywatnej biblioteki; widać było stojącą na biurku rzeźbę polsko-padewskiej kurki.

    Oto inne, jedne z wielu, wyczyny Franka.  

    -  jako redaktor miejscowej gazety gdzie pisał swego czasu głównie o sporcie a dzisiaj przygotowuje felietony na tematy kulinarno kulturalne;

    - jako aktor amator;

    - jako pisarz; wydał dwie książki – jedną o historii miasta Rovolon, z którym jest emocjonalnie związany, a drugą o sporcie. Zbiera materiały też do trzeciej pozycji poświęconej, jakże by inaczej, polsko-włoskim kurom;

    - jako właściciel niewielkiej klimatycznej winnicy;

    - jako hotelarz i restaurator;

    - jako hodowca gallina padovana;

    - jako wolontariusz Croce Verde

    - jako nauczyciel w szkołach dla hotelarzy

    - jako…

    Żywotność tego niepozornego z wyglądu człowieka jest wprost zadziwiająca. Kiedy Franko odwoził mnie sam na lotnisko, bo Pana Lenarta zmogła ostatecznie gorączka, minęła nasz samochód miejscowa karetka pogotowia. Na jej drzwiach widniał napis, że jest ona darem od Franko Holzera. To jedna z dwóch, jakie ofiarował w swoim życiu szpitalowi. 

    Ostatnio Holzera pasjonują archiwa. To nie kto inny tylko Włosi wyszukali w starych dokumentach bardzo ciekawą historię związaną z markizem Giovanni Dongi (1318? – 1389) i podali ją nam, Polakom, na tacy. Markizie, który miał przez jakiś czas, jako dyplomata Republiki Wenecji, przebywać pewien czas w polskich sądach, a skąd zabrał, wracając do swojej rodzinnej Padwy, kilka sztuk drobiu z charakterystycznym czubkiem na głowie. Stąd wysnuta hipoteza, w jaki sposób trafiły do Padwy pierwsze kury czubate…ano z Polski właśnie. Czy jednak wcześniejsze ustalenia są prawdziwe? Franko nie spocznie, aż nie zbada sprawy do końca…

Image
Gallina padovana srebrzyste
 
Image
Gallina padovana bezbroda
Image
Kogut wielbłądzi

   

 

 

 

 

    

 

 

 

 

    Miałem bardzo ciekawe spotkanie z profesorami miejscowej szkoły rolniczej, na terenie której w obszernych wolierach mogłem przez prawie dwie godziny uganiać się i fotografować miejscowe galline padovane. Szacowni gospodarze byli bardzo ciekawi, co gość z Polski ma do powiedzenia na temat pochodzenia kur czubatych, czy szukaliśmy śladów polsko-włoskich, a może jest czegoś tam symbolem? Czy zainteresowaliśmy się postacią markiza Dondiego i poszukaliśmy, gdzie przebywał w Polsce, kim był i po co przyjechał – bo oni, Włosi, nie mają przecież dostępu do naszych archiwów? Nie było żadnej konfrontacji i przekonywania się czyja ta kurka tak naprawdę jest - polska czy padewska. Rozmawialiśmy raczej bez agresji o tolerancji, szukaniu wspólnych korzeni - czyli tego co nas łączy, a nie dzieli. Chociaż pozostaliśmy przy swoich zdaniach...

Image
Gallina padovana - kogut wielbłądzi
Gallina padovana, portret koguta srebrzystego
Portret koguta srebrzystego
Image
Rzeźba markiza Dondi na centralnym padewskim placu
 

   

 

 

 

 

 

    

 

 

    

 

   Zresztą co miałem im odpowiedzieć? Że przez kilkaset lat nikt się w Polsce tak naprawdę tym nie interesował jakąś tam kurą? Że u nas najważniejsze są sztandary, które powinniśmy nieść jak najwyżej? Że mamy tak niewiele elementów kultury materialnej, choćby takich kurek, a najważniejsze są słowa „Bóg”, „honor” i „ojczyzna”? Dopiero uczymy się pić wino, zaglądać na stare brukowane podwórka, o ile nie są wylane asfaltem, poszukujemy rzeźbiarzy i malarzy, aby na nasze specjalne zamówienie wykonali nam pewne dzieło, które potem będą oglądać nasze wnuki i prawnuki. Na jedzenie nie patrzymy jak na „jedzenie” a dostrzegamy  cucina per la mente czyli „kuchnię dla umysłu”…My dopiero zaczynamy w końcu się wkurzać i podnosić rwetes nie tylko w Polsce ale i w całej Europie – oddajcie nam naszą polską kurkę!

    Naród bowiem bez kultury, choćby materialnej, nie jest po prostu narodem.

 

* * *

 

    Chociaż od powrotu z Padwy minęło już kilka miesięcy, to nie ma chyba dnia, abym nie myślał o Franku Holzerze. Kim właściwie jest, dlaczego jest tak aktywny i jaki ma w tym cel, aby bawić się w takiego filantropa, rozdawać na prawo i lewo to, co z wielkim trudem zarobił?

    - Jestem przekonany, że Franko też bardzo często myśli o Panu – powiedział mi Pan Lenart, kiedy starałem się rozwikłać zagadkę niepospolitej żywotności Franko.

    Przez wiele lat Italia była bardzo biednym krajem, rozbita na księstwa, pozbawiona swojej jednolitej państwowości. Z Włochów śmiał się cały świat. Może dlatego jakby na przekór postawili na indywidualność, co w efekcie dało wiele elementów kultury materialnej. Nie tylko z Forum Romanum i Koloseum składa się ich życie, ale z setek pięknych przedmiotów - rzeźb, fontann, obrazów, wina i czego tam jeszcze.

    W końcu ze zwykłej, a jednak niezwykłej kurki czubatej.

    Tak, tak, ależ tak - zwierzęta są także elementem kultury materialnej!

    Czy w Polsce? 

    Zwierzęta w rodzinie Holzera zawsze pełniły dużą rolę. Jego dziadek często brał go za rękę i prowadził do ogrodów ze zwierzętami, pokazywał ich rzeźby w parkach. Natomiast dziadek dziadka Franko często jeździł do Polski kupować konie. Zarówno on, jak i cała jego rodzina, mieli białe włosy i niebieskie oczy. Może dlatego od dziecka ma wielką skłonność do polskich kobiet. Drugim jego motywem odwiedzania najpierw Zamościa, a następnie Krakowa była chęć wyszukania żony.

    - Polki bardziej nadają się na żony, bo mniej kręcą nosem i nie są tak jadowite jak Włoszki, którym ciągle coś się nie podoba… - mówi Franko – co ciekawiej słowa te padły także w wywiadzie udzielonym lokalnej telewizji. Nie trzeba dodawać, jaki wzbudziły rezonans…

    - A mnie się wydaje, że Holzerowi potrzebna jest polska kobieta, aby mógł jej jak najwięcej powiedzieć i aby ona potrafiła go wysłuchać – mówi Pan Mirosław. - Osiągnął tak, jak i cała Italia, pewien poziom materialny i teraz poszukuje swojego indywidualnego miejsca. Franko po prostu chce zostawić po sobie jak najwięcej, pewien namacalny ślad, coś co przetrwa jakiś czas, a może i pozostanie w świadomości ludzkiej na zawsze. Przy czym ma pełną świadomość, że czasu ubywa, jest coraz starszy, a więc tym bardziej należy się śpieszyć. Stąd się bierze ta jego pazerność na życie.

    Ponieważ nie ma dzieci, więc nie pozostawił po sobie genów, a więc czegoś w czym miałby szansę dalej przetrwać.

    To dawanie siebie innym, nie liczenie się z kosztami jest zazwyczaj dla tego typu indywiduów wielką osobistą tragedią. Dając tak dużo od razu przeglądają się w oczach innych i żebrzą akceptacji. Zauważają, że spotykani po drodze ludzie mają swoje codzienne sprawy na głowie, nie dostrzegają tej ich wielkości i aureoli. Rodzi się zdziwienie a nawet gorycz lub co gorsza załamanie psychiczne – jak to, ja tyle daję, i to za darmo, a niewielu to docenia. Dlatego najczęściej są wielkimi samotnikami, chociaż otaczają się tłumem ludzi.

    Nie wiem jak w Italii, ale w Polsce tacy ludzie są kompletnie nie rozumiani. Dlaczego? Może dlatego, iż wkraczają z kopytami w ustabilizowany, mieszczański świat innych, gdzie idolem jest „fura i komóra”, a poza tym porażają swoją wielkością sąsiadów i wzbudzają w nich poczucie winy oraz pokazują palcem, kto tu jest lepszy a kto gorszy.

    Sprawiają wrażenie egocentryków, a więc takich wokół, których powinien się kręcić cały świat. A przecież się nie kręci…Obaj z Panem Mirosławem zauważyliśmy, że Franko nie potrafi słuchać. Nagle ni z gruszki ni z pietruszki rozpoczyna nowy wątek, potem gdy rozwijaliśmy temat, patrzył na nas nieobecnymi oczyma, by po chwili od nowa o czymś zacząć. Czy to jest egoizm i brak szacunku dla towarzyszy rozmowy? Świadczy to raczej o tym, że jeżeli coś robi to robi na całego, bez oglądania się na otoczenie i ma tak dużo do powiedzenia i szkoda mu czasu na zbędne dysputy. Oczywiście nie zawsze tak  było. Czasami naszego bohatera udawało nam się zatrzymać przy sobie. Zazwyczaj były to jednak tematy, w których widział samego siebie w roli głównej.

    Na pewno Holzer  pod względem biznesowym osiągnął bardzo dużo. Musi budzić szacunek jego pozycja społeczna. Ale pod kątem pojmowania świata i poglądów na życie jest w nim nieprawdopodobnie wiele naiwności, takiej jakim charakteryzują się kilkuletnie dzieci. Są one tak iracjonalne, że aż dla typowego ludka śmieszne.  

   Franko stara się po raz kolejny przyjechać do Polski na początku maja. Chce zobaczyć nie tylko moje kurniki ale i odwiedzić innych hodowców. Poprosił też o polskie jajka gallina padovana. To wielkie dla mnie wyzwanie gościć takiego wariata. Z Holzerem pewnie zawita inny pomylony, Pan Mirosław Lenart, który wymarzył sobie, aby przygotować i wydać publikację o padewskich polonikach. Sam uważam się za nawiedzonego ale obawiam się, że daleko mi do Franko. Nie ukrywam, że miano wariata bardzo mi odpowiada, mam w tym względzie jako takie osiągnięcia. Niestety jednak moja duma zaczyna blednąć, gdy spotykam takich ludzi jak Franko, a zupełnie może lec w gruzach, gdy spędzi się z nim trochę więcej czasu. Może mi przywiezie woreczek ziemi padewskiej, pewnie jakieś jajka...nie wiem.

    Ta wizyta może skończyć się więc dla niego kolejnym rozczarowaniem…

    Tak jak Zamość.

    No cóż, zrobię wszystko aby nie zawieść Franko…     

 

     

Poprawiony: wtorek, 08 kwietnia 2008 23:50