czwartek, 27 lutego 2020

Wszystkie światy są jednym,
wszystko pochodzi z tego samego:
bogowie, duchy, gwiazdy,
rośliny, kamienie i ludzie.
Wszystko się zmienia i porusza,
 ale nie umiera;
nasza dusza jest jak drzewo:
rodzi się, wzrasta, kwitnie i wydaje nasiona.
Nigdy nie przestaje żyć,
bowiem zmienia się tylko łupina nasiona.
 

  >>źródło<<

japońscy mistrzowie
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Przeczytano juz: 5540 razy.

Wpisany przez Stanisław Roszkowski   
środa, 04 czerwca 2008 20:57
Często zadaję sobie proste, wydawać by się mogło, pytanie, co sprawia, że w hodowli jedni będą przez całe życie osiągać wielkie sukcesy na wystawach, ich ptaki zdobędą ileś tam tytułów championów; na półkach, w kilku pokojach zobaczymy dziesiątki jeśli nie setki pucharów i dyplomów, a jednak nigdy zostaną mistrzami?

   Może to niestosowne porównanie ale to tak, jak z dziewczyną, która uprawiając zawód prostytutki pozostaje jednocześnie jakby czysta, nieskalana. Natomiast inna, mająca usta pełne moralności i pięknych przykazań nie budzi zaufania i jest wręcz odpychająca.

   Kto ma więc szansę zostać mistrzem?

   W Japonii miałem okazję tylko w tym roku, podczas ośmiodniowej wyprawy, poznać wielu hodowców. Prezentowali się różnie. To czy ktoś jest lub był mistrzem wyczuwałem od razu. Oczywiście w moim osobistym wyobrażeniu, bo każdego innego pojęcie może zupełnie co innego oznaczać. Skąd akurat wiedziałem, że to jest właśnie ten, a nie kto inny? Wystarczył czasami rzut oka, skojarzenie, a czasami rozmowa „bez zbędnych słów”.

    Podam dwa przykłady.

    Na wyspie Shikoku, w prefekturze Kochi istnieje niewielka wieś Shinohara. Miejscowość zasłynęła w całej Japonii z nieprawdopodobnego wręcz „zagęszczenia” hodowców królewskiego onagadori. Założycielem miejscowego związku hodowców był Pan Kubota. Jego rządy nie trwały jednak długo. Wkrótce stery przejął ktoś inny. Mówiąc wprost – miejscowi hodowcy po prostu się pokłócili. Kubota rozpoczął działalność wyłącznie na własny rachunek. Może miał wysokie ego, może znając swoje zalety i to, że wyrastał ponad przeciętność nie chciał dzielić się swoimi sukcesami z kolegami, a może był po prostu typem samotnika nie potrafiącego działać w grupie? W każdym razie stworzył sławne na cały świat swoiste, doskonale działające przedsiębiorstwo, swoiste show – Centrum Onagadori. Doskonale potrafił zadbać i własną reklamę. Pełno go było we wszelkich, zarówno japońskich jak i zagranicznych czasopismach. Wielokrotnie „zapraszał” do siebie członków rodziny cesarskiej. Można by powiedzieć dzisiejszym językiem, że posiadał znakomite zdolności menadżerskie. 

 

   
Image
siedziba onagadori center
Image
setki zdjęć, setki publikacji prasowych
Image
prezentacja

 

   Posiadał też niezwykłe wyczucie hodowlane. Wyhodował wiele pięknych kogutów, których zdjęcia obiegły cały świat. To jemu właśnie zarzucano, że chwali się swoim dorobkiem ponad miarę, czyli mówiąc oględnie „mija się z prawdą”. Tak czy siak, niezależnie od pobudek, którymi kierował się w swoim postępowaniu dokumentacja fotograficzna, którą po sobie zostawił jest imponująca.

 

 

Image
na jednej z wystaw
Image
To zdjęcie ma już prawie 100 lat
Image
rodzina Kuboty
 
Image
to zdjęcie będzie na okładce Woliery

 

   Dzisiaj Kuboty już nie ma wśród żywych. Centrum Onagadori nadal jednak istnieje – prowadzą go dwie jego córki oraz wdowa. Miałem szczęście przebywać prawie cały dzień w towarzystwie tych miłych pań. W trzech przestronnych salach oglądałem mnóstwo plakatów, kurzych gadżetów oraz mających ogromną wartość historyczną archiwalnych materiałów prasowych.

 

Image
Kubota
Image
pielęgnacja ogona
Image
córki Kuboty

 

    Na koniec wizyty wydarzyło się coś, w co trudno jest mi uwierzyć. Nieśmiało poprosiłem córkę Pana Kuboty, czy możliwe byłoby skorzystanie z kilku slajdów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy gospodyni przyniosła po chwili spore pudło.

 

Image
Kubota z jednym ze sławnych kogutów
Image
dzieci Kuboty
Image
piękny biały kogut
 

 

   - Możesz z nich skorzystać – powiedziała.

   - Ze wszystkich…spytałem widząc setki zdjęć.

   - Tak, możesz zabrać do swojego kraju wszystkie; obiecaj tylko, że je potem zwrócisz.

   A teraz przykład drugi.

   Przed dwoma laty profesor Tsudzuki zawiózł mnie do Jiro Yagi. Samo obejście nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Wręcz przeciwnie. Przycupnięte na skraju zbocza kurniki przypominały raczej slumsy. To na co zwróciłem uwagę to bieżąca woda z górskiego strumienia, która przepływała wąską strużką przez każdą klatkę. W powietrzu czuć było sporą wilgoć.

   - Jak w takich warunkach można wyhodować ładne kury? – dziwiłem się.

   - No właśnie… suche powietrze powoduje to, że zanim pióro urośnie, już się łamie. Poza tym dla japońskich długoogoniastych ras wilgoć to „środowisko” naturalne…

   To była jedna z tych tajemnic japońskich mistrzów, których my, Europejczycy, nie zauważamy, a które są niezmiernie istotne.

   Yagi nie wygląda na herosa. Nieogolony, małomówny, sprawiał wrażenie prostego wieśniaka. Kiedy jednak wszedłem do jego prywatnych pokoi oniemiałem. Wokół stało mnóstwo rzeźb, reliefów; na ścianach wisiały urokliwe karykatury polityków oraz przepiękne obrazy na ptasie tematy. Zrozumiałem wtedy, że jest to człowiek nieprzeciętny, głęboko wrażliwy i mający to coś w sobie, czego inni nie będą mieli nigdy, choćby nie wiem, jak się starali. Poza tym Yagi miał dla mnie szczęśliwą rękę. Z większości jajek, które mi podarował wykluły się pisklaki. Udało mi się także zrobić kilka przepięknych zdjęć, a jedno z nich przedstawiające kontemplującego Jiro jest jednym z moich ulubionych.

 

Image
moje ulubione zdjęcie
Image
rzeźba Yagi
Image
karykatury Yagi
 

 

   Przypadek?

   Nie sądzę. Do zrobienia niepowtarzalnej fotografii potrzebna jest jakaś aura, atmosfera, którą może jedynie stworzyć „głęboki” model lub przyroda „zdjęta” w tym jednym jedynym czasie, choćby tuż przed zachodem słońca czyli „magiczne światło”. Nie wiem dlaczego ale czuję, kiedy model ma duszę.

   Dwa lata temu sfotografowałem Jiro koguta minohiki goiro, czyli, według japońskiego nazewnictwa pięciobarwnego, a europejskiego – wielobarwnego. Był taki sobie. Wiem, że Yagi pracował nad tą niezwykle rzadką odmianą barwną. Kiedy w tym roku moi japońscy przewodnicy spytali, czy nie chciałbym wstąpić do starego znajomego, nie zawahałem się ani chwili. Po głębokich ukłonach (w Japonii nie podaje się ręki na przywitanie) wiedziałem, że ten bardzo oszczędny w słowach człowiek też cieszy się z mojej wizyty.

   - A jak tam Twoje minohiki goiro? – spytałem.

   Jiro nie odpowiedział. Za chwilę przyniósł pięknego koguta.

   - Dla mnie jesteś mistrzem. W ciągu dwóch lat takie postępy w hodowli…

 

Image
minohiki goiro sprzed dwóch lat
Image
minohiki goiro dzisiaj
Image
minohiki cynober
 

 

   Potem dowiedziałem się, że na ostatnim konkursie jego totenko zdobyło mistrzostwo.

   Krótko zastanawiałem się – dlaczego? I sam sobie odpowiedziałem. Tylko ten jest w stanie wyhodować wspaniałe totenko lub przepiękne, urokliwe, pełne gracji minohiki kto sam w środku jest „piękny”. Piękno trzeba czuć i pięknem się zachwycać. Koguty Yagi są piękne i one o tym doskonale wiedzą. Między hodowcą a hodowanymi przez niego ptakami wytwarza się coś w rodzaju szczególnego porozumienia i więzi.

* * *

    Ci dwaj przedstawieni powyżej Japończycy – Kubota i Yagi - są diametralnie różni. W umiejętności pojmowania świata, sposobów hodowli i kontaktów z otoczeniem. A jednak każdy z nich zasługuje w moim mniemaniu na to aby zasłużyć na miano mistrza.

* * *

   To pytanie wisiało cały czas na włosku.

   - Dlaczego nie poprosiłeś o jajka onagadori?

Przecież takie jajka to europejczyka marzenie. I to skąd? Z samego matecznika japońskich hodowców – ze wsi Shinohara w mieście Kochi na wyspie Shikoku. Dostałem sporo jajek od innych ras – totenko, ohiki, ko shamo, nawet yamato i tomaru. Ale o jajka onagadori nie odważyłem się poprosić.

   - Widząc co dotychczas zrobiłeś i jak kochasz to co robisz – zagadnął mnie na pożegnalnej kolacji w gronie kilku hodowców profesor Masaoki Tsudzuki – na pewno dostałbyś jajek onagadori ile byś chciał. Zresztą wiem, że oni chcieli ci te jajka dać, czekali na to pytanie… ale ich nie poprosiłeś.

   Czułem, że chcieli je usłyszeć…

   - Nie poprosiłem o jajka onagadori, bo wiem, że w Polsce, nie mam szans na osiągnięcie mistrzostwa w hodowli tej rasy – odparłem - jeżeli więc nie mogę czegoś robić dobrze, najlepiej jak potrafię, na pełny gaz, to wolę tego wcale nie robić; a tu nawet nie zbliżę się do osiągnięć starych japońskich mistrzów. A hodowla dla błysku, szpanu, po to tylko, aby mieć onagadori w swoim kurniku mnie nie interesuje.

   - Mówisz jak prawdziwy samuraj – gdy usłyszałem te słowa poczułem uścisk serca – starzy mistrzowie byli dlatego mistrzami, bo dążyli do doskonałości, choć doskonałym być bardzo trudno.

 

   Epilog.

   Już po powrocie do kraju, kiedy starałem się wysondować wśród moich znajomych i przyjaciół, co rozumieją pod pojęciem „mistrz” i opowiadałem im historię o jajkach onagadori, samurajach i moich dylematach, jeden z kolegów hodowców trochę się zdziwił tym moim dzieleniem włosa na czworo.

   - Przecież mogłem wziąć jajka onagadori jak mi dawali i sprzedać je europejskim hodowcom za parę ładnych EURO. Może dzięki temu zwróciłyby się koszty przelotu?

   Dlaczego ja na to, cholera, nie wpadłem…?

   Uwaga: wiele powyższych zdjęć pochodzi z prywatnego archiwum państwa Kubota i jest publikowana po raz pierwszy publicznie. Do najbliższego numeru "Woliery" jest przygotowywany bardzo obszerny materiał o onagadori. Zapraszam do czytania.

Poprawiony: piątek, 06 czerwca 2008 22:33